poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kod da Vinci - czyli dajmy się zbulwersować


Krótko o książce: 
Kustosz muzeum, Jacques Sauniere, zostaje zamordowany w Luwrze. Tuż przed śmiercią zostawia spisane własną krwią wskazówki, które każą policji mylnie przypuszczać, iż jego mordercą jest Langdon, spec od symboli. Wplątany w sieć zagadek, które swoimi korzeniami sięgają początków chrześcijaństwa, Langdon wraz z wnuczką Sauniera, Sophie, rusza tropem pozostawionych przez zamordowanego wskazówek, prowadzących do odkrycia wielkiej tajemnicy - Świętego Graala - strzeżonej od stuleci przez Zakon Syjonu, do którego należał sam Saunier, a nawet Leonardo da Vinci. Istotne elementy zagadki Langdon odnajduje w dziełach owego mistrza - Ostatniej wieczerzy i Mona Lizie.

Autor: Dan Brown
Tytuł: Kod Leonarda da Vinci
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ocena: najlepsze - warto - przeciętne - nie warto


Fenko napompowała pośladki (o, TUTAJ) i z nową dawką energii zasiada do recenzji.
Nieprzyzwoicie to brzmi, wiem. Ale jeszcze bardziej nieprzyzwoita jest książka Dana Browna. Tak mówią. Ale Fenko przywykła do nieprzyzwoitych pozycji. Ekhem, kontrowersyjnych.

 Na początek skupmy się banałach - super czcionka. Fenko taką uwielbia. Czyta się idealnie. I te krótkie rozdziały - pochłaniacz czasu. Bo skoro to tylko dwie czy trzy strony, to można przeczytać jeszcze jeden i kolejny. I nagle okazuje się, że pół książki za nami. Plusik.

Gdyby Fenko nie oglądała wcześniej filmu, książka byłaby zapewne bardziej zaskakująca. Baty dla Fenko. Ale są przecież rzeczy, których w filmie nie uwzględniono.
Trzeba pochwalić autora za niezłą znajomość symboli i ciekawostek ze świata wiedzy. O, tak. I za umiejętność wyjaśnienia zawiłych rzeczy w taki sposób, że nawet Fenko zrozumiała. A to niebywałe osiągnięcie.

A teraz ochrzan. Fenko nie cierpi, gdy autorzy przeplatają fakty z własnymi wymysłami, i to w taki sposób, że nie można wywnioskować, co rzeczywiście jest prawdą. Oczywiście, to wszystko komponuje się w piękną, logiczną całość, ale Fenko i tak się wkurza. A w Kodzie takich przeplatanek jest wiele. Bo, na ten przykład, da Vinci w żadnym Zakonie Syjonu nie był, a Jezus, i owszem, został uznany za Boga dopiero w IV wieku, ale jedynie przez rządzących, bo ludzie wierzyli w niego już od początku.
Dodatkowo, owe przeplatanki ułożone zostały tak skrzętnie, że właściwie w każdym przypadku uderzają w Kościół, co jest niejako propagandą i ciosem poniżej pasa jednocześnie, bo Fenko obserwuje i widzi, jak tolerancja obowiązuje wszystkie religie poza katolicyzmem, który jest a to obrażany, a to krytykowany. I tak w kółko. Aż się robi nudno.

Teoria spiskowa (tak to mogę nazwać?) ciekawa, choć zdaje się, że wałkowana już wcześniej. Święty Graal to tak naprawdę nie kielich z ostatniej wieczerzy Chrystusa, tylko ciało Marii Magdaleny, która była żoną Jezusa i matką jego dziecka, i zapoczątkowała ród królewski. Fenko nie czuje się przekonana, ale niech będzie. Autor wyraźnie nastawiony przeciwko Kościołowi, brakowało tu jakiejś równowagi w stanowiskach. Fenko znalazła tylko jeden fragment, kiedy to mała Sophie stwierdziła, że nie przeszkadzałoby jej, gdyby Jezus miał żonę. A poza tym w tej książce cała reszta wierzących to szaleńcy i fanatycy.

Lektura sprawiła, że i Fenko się zastanowiła, po czym stwierdziła: jaka to w sumie różnica, że Jezus miał żonę? Miliony uwierzyły, że jest Zbawicielem, więc co zmienia kobieta u boku? Każdy wychowany w duchu katolicyzmu wie, że Jezus to nie tylko Bóg, ale i człowiek

Wróćmy do pozytywów. Dużo tajemnic. I ładnie wykreowane postaci, pomimo wszędobylskich morderczych skłonności. Fenko miała chwilami wrażenie, że to jakieś wariatkowo, ale dobrze się bawiła. Polubiła mnicha albinosa. I sir Teabinga. Wątek miłosny był mocno okrojony, ale dzięki temu nieszablonowy. Czytało się szybko.

Gdyby Fenko przeczytała tę książkę jeszcze raz, zapewne ponarzekałaby na brak opisów, ale akcja to jakoś rekompensuje. Ponarzeka za to na fakt, że mało miała okazji do wczucia się w psychikę bohaterów. Bo Fenko to taka mała, niekompetentna psychoanalityczka. A pod tym względem jakoś płytko było.

Na koniec Fenko stwierdza jedno. Nie ma filmu bez książki. To zawsze negatywnie wpływa na ocenę.
A więc - never again.