środa, 25 czerwca 2014

Przygody Sherlocka Holmesa - podedukujmy

Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: Przygody Sherlocka Holmesa
Wydawnictwo: Siedmioróg
Ocena: najlepsze - warto - przeciętne - nie warto


Fenko czytała Holmesa dawno temu, kiedy jeszcze jej ukochanym gatunkiem były kryminały i od święta horrory i kiedy uwielbiała rozwiązywać zagadki razem z bohaterami. Jedyne, co zapamiętała z tej kryminalnej przygody, to fakt istnienia błyskotliwego detektywa. I tyle. True story



Pięknie podniszczony egzemplarz Sherlocka Fenko znalazła w punkcie wymiany książek. Perełka wśród nijakich pozycji. Przygarnęła, a kto zabroni. Mniejsza o to, że później zorientowała się, że ma taką samą, tylko w lepszym stanie, w swojej domowej biblioteczce. Któż pojmie fenkową głupotę...

Co by nie świecić oczami, przed napisaniem recenzji poszperała troszkę na Wysypisku Śmieci – Arthur Conan Doyle jest postacią tak ciekawą, że sam mógłby być bohaterem książkowym. Tragizm, to zawsze wyróżnia dobrych pisarzy.

Fenko dopiero po pierwszej części zorientowała się, że każdy rozdział to osobne opowiadanie (brawa dla królowej). Wszystkich jest siedem i właściwie o każdym można by coś ciekawego powiedzieć, ale Fenko skupi się na tych, co do których miała pewne przemyślenia.

Zabójstwo przy moście
To pierwsze opowiadanie, które wprowadza niejako w atmosferę całej serii. Wredna fenkowa natura kazała skupić się na negatywach i Fenko znalazła ich sporo. Większość wynikających z przyzwyczajenia do długich form. Tutaj bohaterowie nie byli zbyt pięknie wykreowani, choć każdy z nich miał swoje indywidualne cechy – trzeba przyznać, mistrzostwo, jak na tak krótką formę.
Fenko była wielce nieusatysfakcjonowana, kiedy zauważyła, że akcja dzieje się tak szybko, że właściwie nie wiadomo, kiedy się story skończyło. Trudno o napięcie. Ma to jednak swoje plusy – kwadransik i po bólu. Czytelnik może sprawdzić bystrość swojego umysłu bez brnięcia przez kilkusetstronicowe tomisko.
I opisy – a raczej ich brak – zmora współczesnej literatury. Sherlock Holmes może aż tak współczesny nie jest, ale opisów też nie ma. Dobra, dobra, wiem, to krótka forma.
Na swoje usprawiedliwienie Fenko powie, że czytało się lekko. Tylko fenkowy zmysł dedukcji stępił się przez te lata, kiedy nie sięgało się po kryminały. Fenko nie domyśliła się, kto zabił panią Gibson, choć podejrzanych można było zliczyć na palcach jednej ręki. I zasłużony plusik – za narrację pierwszoosobową, ale z punktu widzenia przyjaciela Holmesa. Ciekawe rozwiązanie, prawda? Styl lekki, historia opowiadana z dystansem, jak przystało na prawdziwego angielskiego dżentelmena.

Umierający detektyw
Całkiem udane, zaprawdę. A może najlepsze z tych wszystkich? Ten Holmes to miał jednak łeb. Szkoda tylko, że całość sprawy, którą prowadził, poznaliśmy z retrospekcji, a nie naturalnym biegiem – byłoby o wiele ciekawiej.

Ostatnia zagadka
Fenko wreszcie dostała opis. Całkiem dobry. Krótki, ale piękny i zrozumiały. Co do samego opowiadania, nie ma tu zbyt wiele do odkrycia, ale wydarzenia zaskakują. Ech, niedomyślna Królowa Fenko teraz zamilknie, co by nie uchylać rąbka tajemnicy.

Pięć pestek pomarańczy
To opowiadanie Fenko czytała z najwyższą uwagą, bo pojawił się wątek wojny secesyjnej – fenkowy ulubiony okres historyczny. Niestety – reszta całkiem spalona. Zbyt szybkie i pobłażliwe rozwiązanie zagadki. Pomysł fajny, ale nie najlepiej wykorzystany.
Fenko czuje się zażenowana, właśnie skrytykowała klasykę kryminału. Niedobra ja (czyli Fenko).

Błękitny karbunkuł
Miłe zwieńczenie serii siedmiu opowiadań. Pomysł nadałby się na grube tomisko, ale tu nie o tym. Zakończenie powinno być właściwie nauką dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla stróży prawa – cóż, pewien żaden z nich nie powieliłby zachowania Holmesa. Nie te czasy.

Fenko żałuje, że tak niewiele może Wam zdradzić, pisząc recenzję takich krótkich form, ale po co komu psuć zabawę? Przeczytacie, to się dowiecie. Chyba można polecić. Miła, lekka lektura – w sam raz na piętnastominutową podróż z mieszkania na uczelnię.

Fenko musi wrócić do kryminałów.