wtorek, 8 lipca 2014

Anioły i demony - Dan Brown po raz drugi

Autor: Dan Brown
Tytuł: Anioły i demony
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ocena: najlepsze - warto - przeciętne - nie warto

 
 
 Krótko o książce:
 W centrum badań jądrowych CERN zostaje zamordowany ksiądz i fizyk, który próbował udowodnić, że nauka potwierdza istnienie Boga. Wypalony na jego ciele wzór to symbol iluminatów - potężnej, ale nieistniejącej od setek lat organizacji antykościelnej, która skupiała najwybitniejsze umysły (Galileusz). Langdon i Vittoria, przybrana córka zamordowanego, mają tylko dobę, aby odnaleźć próbkę antymaterii, którą skradziono po morderstwie. Zabójca ukrył ją gdzieś w Watykanie, a później porwał czterech kardynałów pretendujących na stanowisko nowego papieża. O północy potężna bomba wybuchnie i raz na zawsze zmiecie Watykan z powierzchni ziemi. 



Fenko przejechała kawał drogi na węgierskie baseny i spędziła 6 godzin (z przerwami) na czytanie. Wakacje idealne według recenzenta. Po Kodzie Leonarda da Vinci oraz Aniołach i demonach Fenko może stwierdzić, że pan Brown jest mistrzem planowania. Wszystko jest u niego dopięte na ostatni guzik.

Jeśli chodzi o powyższą pozycję, od początku tchnęła ona oryginalnością, której w Kodzie da Vinci jakoś brakowało. Fenko po raz kolejny stwierdziła jednak, że nie potrafi wczuć się w książki tego autora tak, jakby sama brała udział w tych fantastycznych przygodach. Sama nie wie dlaczego. Może to wina narracji trzecioosobowej? Fenko zastanawiała się już, jak to dzieło wyglądałoby opowiadane z punktu widzenia samego Roberta Langdona, a nie z boku, przez wszystkowiedzącego obserwatora. Fenko sądzi, że byłoby ciekawiej.

Były momenty, kiedy akcja się dłużyła. Fenko spodziewała się przecież przeczytać książkę szybciej, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Poza tym, Wasza królowa już myślała, że autor postawił na równowagę sił, ale ostatecznie i tak Kościół okazał się tym złym. Kurczę, pan Brown ma chyba jakąś manię prześladowczą. Trzeba go jednak pochwalić za niesamowitą znajomość Watykanu i Rzymu, rytuałów kościelnych, architektury i historii. Toż to niemal lata przygotowań! Prawdziwy z niego łowca spisków. Skrzętnie ułożona zagadka, misternie upleciona sieć intryg. Kiedy wydawało się, że to już koniec, na jaw wychodziły nowe sekrety. Pod tym względem - mistrzostwo.

Wszystkie pytania były kiedyś natury duchowej. Od początku naszych dziejów duchowość i religię wykorzystywano do wypełnienia luk, z którymi nauka nie potrafiła sobie poradzić.

Langdon to całkiem fajny bohater. Taki mądry, oczytany, jego siłą jest intelekt, ale jednocześnie ma tyle lęków, co zwykły szaraczek. Wręcz zmusza się do bohaterstwa wobec towarzyszącej mu pięknej Vittorii. Bo, drodzy Czytacze, pan historyk zmienia Sophie z Kodu da Vinci na inną kobietkę. A to macho.

Fenko może się przyczepić, że zbyt łatwo szło mu odkrywanie tajemnic, które leżały odłogiem setki lat. Zabrakło też wczucia się w psychikę porwanych kardynałów. Jakby byli ukryci w cieniu. Fenko rozumie taki zabieg ukrycia w przypadku zabójcy, ale co do kardynałów, jest on bezpodstawny i pozostawia dziurę. Co do wczuwania się w psychikę bohaterów - kiedy już szanowny pan autor wczuł się w jednego z nich, wyszło tak, jakby owa postać była nieco szurnięta. Zdziwicie się, jeśli Fenko Wam zdradzi, że ową postacią był ktoś prokatolicki? Cały pan Brown.

Trochę na siłę była też kreowana atmosfera grozy. Zabójcy spotykający się w ciemnych kryptach? Proszę, to przereklamowane! Zupełnie jakby to coś zmieniło, gdyby rozmawiali na ulicy.
W tej części zdecydowanie zabrakło też opisów. Świat technologii pozwala na wykreowanie niemal magicznej atmosfery, a tu mamy ledwo jej namiastkę. Miłośnicy lakoniczności mogą spać (tudzież czytać) spokojnie.

Mimo wad, które ma każda książka, Fenko zdecydowanie poleca.