piątek, 25 lipca 2014

Niewolnica - pozwólmy się... zniewolić?


Autor: A.M. Chaudière
Tytuł: Niewolnica
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Ocena: najlepsze - warto - przeciętne - nie warto


Krótko o książce:
Rok 2052. Świat został zniszczony przez katastrofy, a Nowa Europa rządzona jest przez magów. Arina jest jedną z nich, ale przed ośmiu laty trafiła do niewoli i została nałożnicą swojego właściciela, maga Azarela. Na przekór wszystkiemu, między kobietą doświadczającą przemocy fizycznej ze strony swojego pana a jej oprawcą rodzi się zakazane uczucie. Jest jeszcze Severio - dobry i łagodny gwardzista akademii szkolącej magów, który przynosi zniewolonej dziewczynie upragnione wyzwolenie. Którego z nich wybierze Arina?


Fenko krążyła wokół tej książki jak sęp. Miała nadzieję, że ta sama wpadnie w fenkowe ręce i Fenko nie będzie musiała wydawać ciężko zarobionych pieniędzy. Nie udało się. Los nie usłyszał rozpaczliwego wołania. No to Fenko poszła i kupiła.
Podstawowy błąd polskich wydawnictw i księgarń: nie starają się, by nasze rodzime dzieła wciąż były widoczne na półce. Trzeba najpierw o książce usłyszeć w Internecie i sprowadzić egzemplarz z magazynu. Zbrodnia!

Fenko miała wobec tej pozycji ogromne oczekiwania. Większe niż Mount Everest. Tomisko zyskało pewien rozgłos. I ta okładka - fenomenalna. A Fenko tyle się naczytała pozytywnych recenzji u swoich koleżanek po fachu. I kogóż by to nie skusiło: Niewolnica to napisana z niebywałym rozmachem historia o miłości, zdradzie, sile przyjaźni, kobiecości, magii, nienawiści, seksie, dorastaniu, przeznaczeniu. (...) świat, którego nie chce się opuszczać.
Po prostu ideał. Fenko myślała sobie: polska książka i taka dobra! To musi być to. Fenko wreszcie przekona się do polskich autorów. Może będzie miała okazję przyznać pierwszego Złotego Robala (najwyższe fenkowe odznaczenie)? Ależ byłaby radocha!

Wszyscy jesteśmy zniewoleni, czy nam się to podoba czy nie.

Fenko wzięła się za czytanie i prawie się popłakała. Bo opiewany wszem i wobec język okazał się totalną klapą. Rozczarowanie było tak wielkie, że Fenko nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ostatecznie czytała dalej.
Od początku dało się wyczuć brak swobody w posługiwaniu się słowem. Pachniało trochę... hm, amatorszczyzną (?), ale to, na przekór wszystkiemu, sprawiło, że szybko się czytało.

Akcja w przyszłości, a słownictwo jak ze średniowiecza - trochę się gryzło, jak na fenkowy gust. I wszędzie te słowa oznaczone italicą (gdzieniegdzie niezbyt trafnie). Tylko po co? *Fenko myśli*. Jeśli autorka chciała zaakcentować niektóre wyrazy, to efekt był wręcz odwrotny - czytelnik po pewnym czasie przestaje zwracać uwagę na taką ilość podkreśleń.

Opisów Fenko właściwie nie dostała. A to, co wyglądało jak opis, trafiło się raz, może dwa i na tle reszty językowej posuchy wypadło dość nienaturalnie. Po głębszych przemyśleniach Fenko stwierdza też, że było trochę lania wody w narratorskiej gadaninie, bo jej uwaga chwilami gdzieś uciekała.

Bohaterowie - niby każdy inny, ale brak tu, niestety, mistrzostwa w ich kreowaniu. Fenko czekała na potężne wprowadzenie postaci wampirzycy Cath, która pojawiła się nagle znikąd, ale się nie doczekała. 
Arina, najważniejsza postać, to wzór niekonsekwencji w kreowaniu bohatera. Fenko nie potrafiła się w nią wczuć, bo autorka nijak nie umotywowała jej czynów, nie wlazła dostatecznie głęboko w jej psychikę, na dodatek raz czyniła z niej zlęknioną, pozbawioną chęci do życia owieczkę, a raz potężnego maga w spódnicy (i nie miało to nic wspólnego z dobrze przeprowadzoną metamorfozą). No taka rozchwiana emocjonalnie to nawet Fenko nie jest.

-Pokochałaś swojego oprawcę, Arino - rzuciła Cath oskarżycielsko, po czym roześmiała się perliście. - Na twoim miejscu nie próbowałabym tego zrozumieć.

Wątek miłości między ofiarą a oprawcą to szalenie ciekawy motyw! Tylko że został jakoś nierealnie przedstawiony i też nie przekonał fenkowego mola. Fenko ulubiła sobie za to pomysł niewolnictwa i w myślach pochwaliła nawet twórczynię za oryginalność - szkoda tylko, że tak bogaty temat został dość ubogo przedstawiony.

Fenko dostrzegła też wiele nieścisłości, na przykład: mężczyźni szaleńczo pożądali wychudzoną, pokaleczoną przez swojego pana Arinę, a na inne niewolnice (nad którymi nie znęcano sie fizycznie) nie zwracali uwagi. Albo: wielki pan i władca Azarel mógł ciągnąć biedną niewolnicę do swojej sypialni, ile mu się podobało, ale nie mógł jej kochać (nielogiczna zasada, przecież był panem! Co inni magowie mają do jego kochającego serduszka?).

Skoro już wyciągamy wszelkie negatywy, to Fenko wspomni jeszcze o dialogach, które często nic nie wnosiły. I o fakcie, że autorka zdawała się zatapiać w swoim świecie tak bardzo, że niefortunnie zapominała o czytelniku.

Niewolnicy innych. Niewolnicy przewrotnego losu. Niewolnicy własnych błędów. Niewolnicy czynów. Myśli. Niewolnicy przeszłości. Niewolnicy stagnacji. A nawet lenistwa.

Ładny cytat? Ano, ładny. Fenko łaknie w książkach takich pełnych melancholii przesłań. Tylko że wbrew temu, co by się mogło wydawać, autorka nie zagłębiała się w takie głębsze tematy - egzystencja, te sprawy. A szkoda. Bo niewolnictwo można rozpatrywać na wiele sposobów. Powyższa cegiełka pochodzi z epilogu - jakby chciało się na siłę wepchnąć coś mądrego, tylko trochę za późno.

Był jeden moment, którego Fenko się nie spodziewała - nagły zwrot akcji. shit! Tylko jeden. *Tutaj Fenko się chowa, bo jej wstyd, że znów będzie krytykować, ale musi to powiedzieć: trochę sztucznie ten zwrot akcji wyszedł*. Dopiero na ostatnich 60 stronach coś się działo i byłoby dobrze, gdyby akcja została utrzymana na takim poziomie w części drugiej. Może Fenko oceni wtedy Niewolnicę lepiej. Ale nad językiem trzeba naprawdę konkretnie popracować. Na szczęście to dopiero debiut i Fenko spodziewa się, że autorka wiele się jeszcze nauczy.

Mimo tych niezliczonych niedogodności, książka ma w sobie jakąś lekkość, która sprawiła, że Fenko przeczytała ją raz-dwa i nawet dobrze się bawiła. Atmosfera przypominała ducha lektur, które Fenko czytała w dzieciństwie - z tą różnicą, że powyższa pozycja obfituje w sceny erotyczne. Może właśnie to dziwne połączenie daje taki efekt przyciągania? Cóż, w każdym razie, wielki plus za to, że autorka jest Polką. Fenko pamiętała o tym cały czas i gdyby nie ten fakt, to pewnie wzięłaby Niewolnicę za niewydarzony amerykański erotyk.

Podsumowując, trochę to wszystko zostało nieumiejętnie w Niewolnicy zdziałane. Autor ma w fantastyce ogromne pole do popisu. Tutaj ten potencjał nie do końca został wykorzystany, a nawet zaprzepaszczony, zwłaszcza że pomysł naprawdę ciekawy i oryginalny (za co wielkie brawa) - a Fenko pożąda oryginalności jak mało czego. Właśnie za to ocenę daje znowu nie taką najniższą, bo książka, mimo tylu wad, jest warta tego, by mniej wymagający czytelnicy po nią sięgnęli i umilili sobie wieczór albo dwa. Niektórych, jak się okazuje, Niewolnica naprawdę zniewoliła.

Gdyby autorka popracowała nad techniką, do której Fenko zawsze przykłada wielką wagę, wyszłoby z tego coś potężnie fajnego. Lepiej spędzić nad książką więcej czasu i wydać coś naprawdę dobrego.

Wielu z Was myśli pewnie w tej chwili: ale się wredna dziołcha czepia. Ano, czepia. Bo od książek wymaga wiele. Tutaj dwie dyszki mniej i pozycja byłaby może warta swojej ceny. Ale i tak można sięgnąć. Fenko chwilami całkiem dobrze się bawiła - dzięki tej dziwnej (aczkolwiek przyjemnej) atmosferze.