wtorek, 18 listopada 2014

Drzewo migdałowe - w imię pokoju

Autor: Michelle Cohen Corasanti
Tytuł: Drzewo migdałowe
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2014
Stron: 392

Krótko o książce:
Młody Palestyńczyk, Ahmad, żyje w państwie podporządkowanym Izraelitom, którzy po odzyskaniu swojego kraju, stają się oprawcami dla Palestyńczyków. Jego genialny umysł matematyka staje się dla niego przepustką do lepszego życia. Mimo sprzeciwu rodziny, którą w wieku dwunastu lat Ahmad musi zacząć utrzymywać, chłopiec bierze udział w konkursie i dostaje się na uniwersytet. Tutaj, jedyny Palestyńczyk wśród Izraelitów, będzie musiał zmierzyć się z szykanami, a także nauczyć się, jak w świecie pełnym nienawiści wyciągnąć dłoń do drugiego człowieka.

~*~

Uwielbiam temat wojny. Nie dlatego, że jestem żądną krwi świruską, ale z powodu całej gamy ludzkich zachowań, jakie możemy obserwować, gdy człowiek staje w obliczu okrucieństwa. Drzewo migdałowe wydawało mi się idealną pozycją. Sięgnęłam - i troszkę się rozczarowałam.

Odnoszę wrażenie, że wszędzie (tylko zazwyczaj nie w Polsce) debiuty okazują się być bestsellerami. Tak i w tym wypadku. Piękna historia (i przepiękna okładka), ale nieumiejętnie ubrana w słowa.

Już od pierwszych stron zauważyłam brak umiejętności w stopniowaniu napięcia i budowaniu dialogów, jakby książkę pisał początkujący (bardzo początkujący) pisarz. Zdziwiła mnie informacja, że Autorka czekała wiele lat na zrealizowanie pomysłu, który kołatał się w jej  głowie, wydaje mi się, że po takim czasie powieść powinna być dopracowana w każdym detalu. 
Praktycznie w ogóle nie znalazłam opisów i bardzo trudno było mi wytworzyć sobie w głowie obraz kraju pełnego pachnących pomarańczy i cierpiących Palestyńczyków, zwłaszcza że nigdy tam nie byłam i nie miałam się na czym oprzeć. Oszczędność - poziom master. Jakby Autorka sama nie potrafiła wyobrazić sobie miejsc, które opisuje. Całość wydawała mi się dość toporna i poważnie nadszarpnęła piękno tej historii. Szkoda, bo atmosfera książki to emocje. A emocje to wszystko.

A teraz dość biadolenia, bo jest mnóstwo pozytywów - książkę pochłonęłam bardzo szybko. Wojna to bardzo emocjonujący temat, zwłaszcza dla nas, Polaków, bo podświadomie myślimy o własnej historii. Żołnierze, niezależnie od narodowości, zmieniają się w zwierzęta, jeśli tylko poczują w swoich rękach władzę. Palestyńczykom nie wolno samowolnie chować zmarłych i budować domów. Są bici, szykanowani i pozbawieni szans na edukację. Ahmad jako dorastający chłopiec widzi swoją siostrzyczkę rozrywaną przez bombę. Patrzy na swój płonący dom i cierpiącego brata oraz ojca. Pracuje ponad siły, by utrzymać rodzinę, chociaż powinien zdobywać wykształcenie. Mimo okrucieństwa wojny, dużo tu o przebaczeniu, pokoju i szansach na lepsze jutro. A co najbardziej zaskakujące - Autorka tej powieści nie należy do strony poszkodowanej: ma żydowskie pochodzenie! To oryginalne i trudne podejście do tematu, bo jak krytykować "swoich"?

Przez niemal całą lekturę zadawałam sobie pytanie: jak trudne jest wyciągnięcie dłoni do wroga? Nie do żołnierza czy przedstawiciela wrogiego kraju - ale człowieka, który tak jak my jest cywilem i którego spotykamy na co dzień. Czy to akt miłosierdzia i chęci niesienia pokoju, czy raczej bratanie się z wrogiem i zdrada własnego kraju? Inaczej patrzył na to Ahmad i inaczej spojrzałby Polak, który doświadczył przemocy ze strony Niemców w czasie II wojny światowej. Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami - już po przeczytaniu tej lektury.

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non