środa, 26 listopada 2014

W obronie pozycji misjonarskiej - współczesna awangarda

Autor: Wolf Haas
Tytuł: W obronie pozycji misjonarskiej
Wydawnictwo: Burda Książki
Rok wydania: 2014
Stron: 247


Krótko o książce:

Benjamin Lee Baumgartner podróżuje po świecie, poszukując informacji o ojcu, który był Indianinem z plemienia Hopi i zmarł, gdy główny bohater był jeszcze mały. Benjamin posiada pierścień, jedyną pamiątkę po nim. Przy pierwszej okazji sprzedaje go w lombardzie, by za zarobione pieniądze móc zaprosić dziewczynę na randkę. Przez całą podróż stara się o to, by się nie zakochać. A to okazuje się nie takim łatwym zadaniem. 

<<Kiedy zakochałem się po raz pierwszy, byłem w Anglii, i wtedy właśnie wybuchła choroba wściekłych krów. Kiedy zakochałem się po raz drugi, byłem w Chinach i wtedy wybuchła ptasia grypa. A trzy lata później zostałem pierwszą zarejestrowaną ofiarą świńskiej grypy. Gdybym kiedykolwiek znów zaczął okazywać objawy zakochania, natychmiast zawiadom stację epidemiologiczną.>>

~*~

Niewiele jest książek, których Autorzy nie przejmują się tym, jak ich dzieło zostanie przyjęte, czy jest chwytliwe, czy odpowiednio proste i odmóżdżające, bo na takie poluje dziś społeczeństwo tak-zwane-czytające. Dzieła takich Autorów są zawsze choć trochę dziwne - bo dziwny jest człowiek, a to, co wypływa spod piór takich twórców, jest prawdziwym, niepowstrzymanym potokiem ich myśli, kłębowiskiem notatek, emocji, niepoukładanych spraw i wspomnień, które Autor zlepia w jedno. Takie wrażenie odniosłam po lekturze W obronie pozycji misjonarskiej. I jakkolwiek była ona dziwna, oryginalna i, po prostu, totalnie awangardowa - a tego nurtu nigdy nie lubiłam i umierałam, gdy kazano mi czytać Ferdydurke - tak tę książkę odebrałam jako zapis cząstki mnie samej. Nie pytajcie, skąd to się wzięło. Po prostu odkryłam w tej lekturze coś z siebie.

Kiedy po raz pierwszy wzięłam tę pozycję do rąk, pomyślałam, że Wydawnictwo podesłało mi wadliwy egzemplarz i oto trzymam w rękach dziecko tego wyśmienitego żartu. Literki zmniejszały się, rosły, przeskakiwały przez strony, przelewały się na obrzeżach kartki, wspinały się na ukos, wirowały. Totalny, artystyczny chaos. Narracja i dialogi poprzeplatano angielskimi wtrąceniami, co było dla mnie niezłą gimnastyką językową, bo pojawiły się nawet idiomy, i to wcale nie te najprostsze.


Właściwie wystarczyło kilka zdań, by przekonać się, że to pozycja bardzo, bardzo oryginalna. Nie taka do przeczytania jednym tchem. To się czyta po kawałku i kontempluje, wchodząc w umysł Autora tudzież bohatera. Wynudzicie się jak mopsy, jeśli sięgnięcie w poszukiwaniu dobrej przygody - bo przecież podobno bohater się zakochiwał i chorował, więc musi być śmiesznie i nietuzinkowo.
I jest. Ale na pewno nie tak, jak sobie wyobrażacie.
Do takich książek trzeba mieć cierpliwość. Wszystko tu jest inne i niezwykłe, widać oryginalność w narracji, w kreowaniu bohaterów, w zapisie graficznym. Główny bohater ma totalnie pokręconą psychikę. Taki typ książek albo się kocha i roztkliwia się nad nimi przez kilka wieczorów, albo rzuca się w kąt z gniewnym przytupem. Ja też się sporo wynudziłam, ale jednocześnie odkryłam, że istnieją jeszcze tak oryginalne formy. 


Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Burda Książki.