czwartek, 4 grudnia 2014

Kosogłos - powstanie przeciwko władzy

źródło zdjęcia

Tytuł: Igrzyska śmierci: Kosogłos (cz.1)
Rok produkcji: 2014
Czas trwania: 123 min


Po książkowej trylogii Fenko ma miłe wspomnienia. Igrzyska śmierci nie są idealnym literackim dziełem, ale tak czy owak, zajmują u mnie zaszczytne miejsce. Ostatnia część nie była zbyt obfitująca w akcję, skupiała się raczej na Katniss, jej wewnętrznych rozterkach po przeżyciach na arenie i stracie Peety. Zdecydowanie wywiera na czytelnikach najmniejsze wrażenie. A co z filmem?




Krótko o filmie: 
Katniss trafia do Trzynastego Dystryktu, gdzie prezydent Coin próbuje przekonać ją do zostania twarzą rewolucji. Katniss stawia jednak warunki: Peeta i inni przetrzymywani przez Kapitol trybuci mają zostać odbici. Rozpoczyna się walka o wolność. Ludzie ze wszystkich dystryktów zaczynają powstawać przeciwko władzy na wezwanie Katniss Everdeen.


Od początku powtarzałam, że każda kolejna ekranizacja Igrzysk Śmierci jest lepsza od poprzedniej.
I utrzymuję to stanowisko! Spodziewałam się filmu zupełnie innego - spokojnego, bez akcji, nieco nudnego, tak jak jego książkowy odpowiednik. Tymczasem Fenko oficjalnie ogłasza, że ta część była niesamowita, choć i tak odrobinę mniej świetna od poprzednich. Wspaniała muzyka i mnóstwo emocji - i nie mówię tu o rozpaczającej Katniss. Były sceny chwytające za serce. Ludzie, uciskani przez władzę od lat, szli do walki jak jeden mąż. Połowa z nich ginęła, a oni szli dalej. Tłum szturmujący ośrodek wroga. Tłum z piosenką Katniss na ustach. Szpital pełen rannych, którzy bez wahania deklarowali swoją przynależność do rewolucjonistów.


Mocnym aspektem tej części był Peeta, choć, wbrew pozorom, było go tu bardzo mało. Mówię o ostatnich scenach. Niesamowita zmiana w wyglądzie i zachowaniu i niezła gra aktorska. Mój ulubieniec tej części. Nie można też jednak odmówić zasług innym aktorom, bo pod tym względem ta ekranizacja podobała mi się ogromnie. Pojawili się nowi bohaterowie, a ci, których znamy z poprzednich części, zyskali jeszcze większą sympatię z mojej strony. Effie, prezydent Coin, Gale... Po prostu wszyscy.


Zauważyłam oczywiście szczegóły, które można policzyć za minus - miejscami przesadny patos czy zupełny brak humoru (który przydaje się nawet w takiej tematyce), ale nie są to rzeczy, które zaważyłyby na mojej ocenie. Ta część różniła się od dwóch pierwszych, bo nie było już areny, nie było podchodów, poszukiwania wody i jedzenia, i mordowania się nawzajem. Była inna, ale nie gorsza. Zdecydowanie warto wybrać się do kina. Nie mogę się doczekać zakończenia, zwłaszcza że wiem, jak to wszystko się potoczy. 


Are you, are you coming to the tree
I told you to run
so we both be free...