wtorek, 16 grudnia 2014

Wystarczy przejść przez rzekę - o poradzieckiej Azji Środkowej

Autor: Ludwika Włodek
Tytuł: Wystarczy przejść przez rzekę
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2014
Stron: 277



Szarofat jeszcze dziś, dwadzieścia lat po wszystkim, kiedy opowiada mi o tamtych przeżyciach, blednie, jakby trudno jej było oddychać.


Są takie książki, w których dziennikarską naturę autora czuje się na wskroś. Wystarczy przejść przez rzekę zostało napisane przez dziennikarkę, która podczas podróży przez Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Kazachstan i Uzbekistan zebrała własne doświadczenia i opowieści napotkanych ludzi.

Poradziecka Azja Środkowa to wielka mieszanka kultur i narodowości, świat kolorowych tkanin i niezrozumianych zwyczajów. Sowietyzacja, rozpad Związku Radzieckiego i następujące po tym ćwierćwiecze odcisnęło tu swoje piętno. Niesamowite, jak zżerana przez korupcję i prywatę polityka potrafi funkcjonować, jak w obliczu domowych zamieszek człowiek potrafi obrócić się przeciwko człowiekowi.


W Tadżykistanie poznajemy Szarofat i jej historię - historię kobiety silnej i niezależnej. Szarofat bardzo wcześnie zorientowała się, że sytuacja w kraju robi się nieprzyjemna i zaczęła gromadzić zapasy. Wkrótce potem rozpętała się wojna domowa. Kobiety, pozostawione bez opieki mężów, były wywlekane z domów i gwałcone przez własnych sąsiadów. To one były w najgorszej sytuacji. Szarofat okazała się jednak osobą o niezwykle silnym charakterze. Przed wojną jej interes upadł, ale zaraz rozkręciła kolejny, handlując pieczywem, a po wojnie pomagała skrzywdzonym kobietom.

Takich historii jest więcej. Autorka dociera do ludzi na najróżniejszych szczeblach, spisuje historie nauczycieli, polityków, pani prezydent, zwyczajnych ludzi. I roztacza przy tym całkiem barwny obraz Azji Środkowej. Czy wiedzieliście, że kobiety w Tadżykistanie malują sobie brwi w jedną kreskę? Im grubsze, tym lepsze. Ciekawe, co na to wyrywające sobie brwi Europejki!

W Kirgistanie poznajemy ciekawą, choć dość nieprzyjemną i zakazaną przez prawo tradycję - porwania dziewcząt. To tamtejszy sposób proszenia o rękę. Kiedy dziewczyna spodoba się jakiemuś chłopakowi, jest uprowadzana do jego domu i tak długo namawiana do zamążpójścia, aż przyjmie oświadczyny. Nie wszystkim się to podoba, ale wiele z nich czeka z niecierpliwością na "swój dzień". Każda z nich może odmówić ślubu, ale dziewczyna porwana i zwrócona ma niewielkie szanse na znalezienie męża. Można powiedzieć, że to wybrakowany towar.

Ta książka ma w sobie coś oryginalnego, bo naprawdę niewiele pozycji jest pisanych z myślą o Azji. Wszyscy ciągną na Zachód i o Zachodzie piszą. A mimo to, czegoś mi tu brakowało i nie mogłam przez tę pozycję przebrnąć. Czułam się, jakby została mi zaserwowana historia opowiadana od środka. Moja wiedza na temat Azji Środkowej jest bardzo znikoma i było mi niezwykle trudno zobrazować sobie wszystkie zmiany, o których Autorka mówiła. Dla takiego laika jak ja, podstawy azjatyckiego świata nie zostały nakreślone zbyt przejrzyście. Dziennikarskie oko w tym wypadku się nie sprawdziło - spodziewałam się relacji bardziej napompowanej emocjami. Myślę, że to pozycja zwłaszcza dla amatorów Wschodu, którzy o tamtych stronach mają pojęcie większe niż ja. Na pewno spodoba Wam się kulturowy pejzaż tej lektury - to zdecydowanie najprzyjemniejsza część!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu