czwartek, 22 stycznia 2015

Nieznane lądy


Wyobraźcie sobie odległą krainę, pełną kwiatów i błyszczących kamieni szlachetnych (dla pań) oraz nagich kobiet (to dla panów). Krainę, którą nazwalibyśmy rajem, bo jej mieszkańcy żyją ze sobą w zgodzie i nie wiedzą, co to wojna. Krainę, którą pewnego dnia nawiedzają przybysze z cywilizowanych państw. Są to ludzie pragnący kamieni szlachetnych, okrutni i nie cofający się przed zabijaniem, rubieżą i gwałtem. Nadchodzi czas, w którym pokojowo żyjący lud Taei musi stanąć do walki. Brzmi jak przepis na ciekawą fabułę? O tak. A jak wygląda w praktyce?


Mateusz nie jest zwyczajnym chłopcem. Ma dar przewidywania przyszłości, którą pokazuje poprzez jej malowanie. Na jego obrazach zaczyna pojawiać się piękna wyspa i dziewczyna, Ahije, o której nie może zapomnieć. Zakonnicy opiekujący się chłopcem zabierają wszystkie jego dzieła, aby pewnego dnia kierować się nimi jak mapą i dotrzeć do wspaniałej krainy. To najgorszy czas dla jej mieszkańców. Kobiety są gwałcone, a dzieci zabijane. Lud Taei musi się zjednoczyć, by ocalić wioskę przed kolejnym najazdem. Wśród nieszczęścia Mateusz i Ahije odnajdują miłość...

Autorka bardzo przekonała mnie do siebie pomysłem, ale jego realizacją już nie. Fabuła wydawała mi się niezwykle ciekawa. To coś oryginalnego, sami przyznajcie. Od razu skojarzyłam lud Taei z Indianami i ich okrutnym losem, jaki musieli znosić, gdy ich ziemie zagarnęli Europejczycy. Tu jedna, niestety, superlatywy się kończą, ledwo się pojawiły.

Dostajemy zarys wciągającej fabuły i kilka wyróżniających się postaci, ale żadna z nich nie zapada w pamięć na długo. To, co zaserwowała nam Autorka, to wspaniały pomysł na długą, wciągającą powieść, ale wątki potraktowano nieco po macoszemu, nie rozwijając ich. Książka wygląda jak nieco przydługa legenda, ze zbyt szybko toczącą się akcją opisywaną w kilku zdaniach. Zaczęłam czytać ze sporą dawką zainteresowania, ale szybko zrozumiałam, że nie zostanę niczym zaskoczona.

Pozycja bardzo, bardzo kuleje językowo. Rzuca się to w oczy już od pierwszej strony, a potem jest już tylko gorzej, bo potoczny, pełen kolokwializmów język przeplata się z tym stylizowanym na dawną modę. Okropne połączenie, na którym literatura już nieraz ucierpiała.

Podobało mi się, w jaki sposób losy Mateusza i szamanki Chloe zostały połączone - to dowód na to, że w głowie Autorki kiełkowała naprawdę ciekawa idea. Ale szczegółów nie poznacie ode mnie. To, niestety, kolejna książka o pewnym potencjale, który nie został odpowiednio wykorzystany.


Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Novae Res