piątek, 6 lutego 2015

Królewskie początki


Nadszedł czas na pierwszy Piątek z Fenko, a ja od godziny siedzę przed monitorem i gryzę paznokcie. To znak, że bardzo mi na tym cyklu zależy (bo wiecie, gdyby nie blog recenzencki, prowadziłabym lajfstajla). Temat zaplanowany od tygodnia, czas więc chyba wcielić plan w życie! I wiecie co? Zrobię to, co wychodzi mi najlepiej: po prostu opowiem Wam historię. Będzie to historia Małej Książkowej Księżniczki, która wchodząc w papierowy światek moli, nie wiedziała jeszcze, że kiedyś stanie się Królową...

Dawno, dawno temu...

Żarcik - zaledwie dwie dekady. W pewien upalny, letni dzień na świat przyszła Fenko (pięć minut po dwunastej, zawsze spóźniona). W tym miejscu oszczędzę Wam opisu rozdzierającego krzyku i brudnych pieluch i od razu przejdę do rzeczy. Fenko od dzieciństwa otaczana była bajkami (bodźce wzrokowe dla dziecka i te sprawy). Fenkowa mama czytała je Małej Księżniczce kiedy się tam dało (bo Fenko grzecznie się upominała), ale w końcu natręctwo własnej córki tak zmęczyło fenkową mamę, że zaczęła szukać wymówek (nie mam czasu, poczytam ci później - kto tego nie zna!)

Ledwo Fenko nauczyła się mówić (po ponad dwóch latach pełnego cierpień życia), zaczęła sama sobie recytować te przeklęte bajki. Odtwarzała słowa, które słyszała setki razy z ust fenkowej mamy i przewracała z namaszczeniem strony, udając, że jest taka dorosła i umie czytać.

Zaczęła się przygoda!

Kiedy Fenko miała cztery latka, umiała wreszcie płynnie czytać. Pech chciał, że fenkowi rodzice książek jakoś nie przyswajali (poza sporadycznie walającymi się po domu Harlequinami dla zabicia bezsenności, sic!), więc Królewna zmuszona była czytać jedną i tę samą książkę - Biblię dla dzieci (dzięki Ci, Boże, że Twe losy są tak długie, że wystarczyło mi na kilka lat). Przeczytała ją dwadzieścia trzy razy, a ponieważ w końcu zaczęła recytować z pamięci przeróżne historie (na przykład Daniela prawie pożartego przez lwy czy też osiłka, któremu ukradziono włosy), fenkowa mama znów straciła cierpliwość i zaprowadziła Królewnę do biblioteki.

I świat stanął otworem!
Pamiętam tę ekscytującą wizytę do dziś! Pani bibliotekarka kręciła nosem, że tak małych dzieci to się nie zapisuje, ale skoro rodzice pozwalają... A potem zaczęłam grzebać nieśmiało w dziale dziecięcym i wyszłam z kilkoma bajkami (tylko kilkoma, według regulaminu). Wróciłam następnego dnia po więcej, a ponieważ panie bibliotekarki przekonały się, że zwracam publikacje w terminie i dbam o nie, zaczęłam taszczyć do domu pełne wory. Co za życie!

Od zera do złodzieja

Pozycje dziecięce w końcu się wyczerpały, a Królewna, jak na zawołanie, dostała swoją pierwszą książkę (Dzieci z Bullerbyn) i przekonała się, jak cudownie jest czytać coś mniej obrazkowego, a bardziej treściwego. Przeczytała tę lekturę siedem razy, nim wpadła na pomysł, by zacząć podkradać książki starszej kuzynce, której przysługiwały już pozycje dla nastolatek. Fenko miała sześć lat, gdy odważyła się na ten niecny uczynek (no bo błagam, ileż razy można czytać o Kubusiach Puchatkach?!).
Na szczęście kuzynka była bardzo wyrozumiała i pozwoliła Królewnie uczestniczyć w tym przestępczym procederze. Pani bibliotekarka nie wykazała się zrozumieniem. Fenko do dziś pamięta ten surowy wzrok, kiedy wydało się, że fenkowa kuzynka wypożycza książki już nie dla siebie, a dla sześcioletniego dziecka. Phi, myślicie, że to powstrzymało przyszłą Królową?!

Trudne dzieciństwo, świetlana przyszłość

Historia prawie jak z Kopciuszka, prawda? Ach, łezka mi się w oku kręci, gdy pomyślę, ile musiałam przejść, by zdobyć coś ambitnego do czytania. Okrutny świecie... Ale otrzyjcie łzy, płaczący, bo oto teraz, po czternastu latach od tych wydarzeń, Fenko zasiadła na tronie i cieszy się niepodzielną władzą. Jej półki wypełniają się książkami, a wirtualne królestwo - recenzjami. I czegóż chcieć więcej?