piątek, 13 lutego 2015

Sprzedawać czy nie?


Stoi recenzent przed swoją zapchaną książkami biblioteczką i myśli sobie, że czas wreszcie zrobić porządek. Jest tu przecież tyle książek, które dosłownie gniją na półkach. Przeczytał, owszem (bo taki jego cierpiętniczy los księcia i pana na włościach, co to musi darmowe książki czytać), ale okazały się wielkim niewypałem i psują kompozycję. A miejsca na nowe, lepsze brak! Gdyby tak sprzedać chociaż kilka, można by uzbierać pieniądze na nowiutkie, pachnące tomiszcza. Po chwili jednak przychodzi rozterka: ale jak to, czy na pewno mogę sprzedawać? Dostałem papierową przyjemność za darmo, a jeszcze dodatkowo na tym skorzystam? Więc jak to jest - sprzedawać czy nie?

WalęTynki tuż-tuż, więc Fenko postanowiła się zbuntować. Nie będzie o serduszkach, całuskach i kochaniu książek. Będzie twardo i na temat: ksionszki i pinionszki. Recenzenci - łapki w górę!


Wsadź sobie sentyment w buty.

Pominę w tym wpisie kwestie sentymentalne (bo mól książkowy, zanim pozbędzie się jakiejś ładnie wydanej sterty papieru, najpierw opłacze ją jak najlepszego przyjaciela). Gdyby to było takie proste, każdy z nas przeznaczyłby osobne pomieszczenie na przechowywanie książek. Ani jednej oddanej, wszystkie nasze. A jednak większość z nas nie ma miejsca na składowanie wszystkich egzemplarzy. I nie ma pieniędzy na nowe (bo książka u nas kosztuje więcej niż para trampków). Co więcej, jaki jest sens przechowywać książki pozbawione, według nas, treści i stylu? Zapracowałem na nie, myśli recenzent, mogę więc chyba zrobić z nimi, co mi się podoba?


To takie niesprawiedliwe!

Fenko działa w różnych grupach na Facebooku. Podgląda, podczytuje, szpieguje (bo tyle wyprzedaży, a żadnej książki kupić nie można - postanowienie noworoczne). Całkiem niedawno natrafiłam na wpis odnośnie sprzedawania egzemplarzy recenzenckich. Ktoś stwierdził, że to strasznie, cholernie niesprawiedliwe, że recenzenci dostają książki za darmo, a potem je sprzedają i mają z tego zysk (chodzi tu zarówno o zwykłe egzemplarze, jak i takie z wyraźną pieczęcią: Egzemplarz recenzyjny - nie na sprzedaż). Ów ludź czuł się zwyczajnie pokrzywdzony, bo kupił książkę za 10zł, a tam info, że to powinno być za darmo. Co z takim fantem zrobić?

Ktoś z wypowiadających się wpadł na pomysł, że skoro recenzent chce zysku, to niech wymaga od Wydawnictw recenzowania za ustaloną kwotę, a nie za darmo. Ten ktoś nie wiedział chyba, że na miejsce takiego recenzenta jest setka innych, którzy darmowy egzemplarz przyjmą z pocałowaniem ręki. Tę kwestię więc opuścimy.


Moja i tylko moja

Czy recenzent naprawdę nie ma prawa sprzedawać książek, które legalnie nabył i które stały się jego własnością? Umowa jest taka: Wydawnictwo wysyła, recenzent czyta i publikuje opinię, po czym książka jest jego własnością. To tak, jakby poszedł do sklepu i wydał na nią pieniądze. W obu przypadkach (nabyta drogą recenzji lub kupna) książka należy do niego i teoretycznie rzecz biorąc, może ją komuś odsprzedać.

Ludzie, którzy nie recenzują, burzą się niezmiernie na taki stan rzeczy. Zapominają, że gdyby nie to, że recenzenci sprzedają swoje nabytki po niższej cenie (bo i tak im się opłaca), oni sami, zbulwersowani nabywcy, musieliby szukać tych egzemplarzy drożej w sklepie. I zamiast tych 10zł wydaliby trzy razy tyle za książkę będącą w takim samym stanie jak raz przeczytany egzemplarz recenzencki.


Mogę czy nie?

Sprawa robi się trochę wstydliwa, gdy na książce jak byk stoi napis, że to pozycja nie na sprzedaż. Jednak w większości wypadków książki takiej pieczęci nie mają - są jak zwykle, sklepowe egzemplarze. Czy odsprzedawanie ich jest złe? Czy wymiana książka za książkę to ta opcja, którą można dopuścić, a sprzedaż potępić, czy żadnej z nich nie powinno brać się pod uwagę? Jak to jest? Mogę sprzedać czy nie?

Co na to Wydawnictwa? I co na to Wy, moliki?


P.S. - Zdjęcie książki przypadkowe.