wtorek, 24 marca 2015

Książkowa uczta językowa

Lubicie czytać książki proste i niewymagające wysiłku umysłowego, w których dziewczyna poznaje chłopaka, zakochuje się w nim z gorącą wzajemnością, a potem, po zabiciu kilku wampirów (tudzież wilkołaków, tudzież innych bad guysów), żyją długo i szczęśliwie? Nic prostszego. Wybierzcie pierwszą lepszą książkę w księgarni, a istnieją spore szanse, że traficie na powyższy oklepany schemat. Fenko postanowiła sięgnąć po coś ambitniejszego. Tym razem padło na Maszynopis z Kawonu (powieść poetycką) i Stworzenie świata (trzynastozgłoskowiec). Jesteście ciekawi, jak Tomasz Kowalczyk poradził sobie z językowymi zawiłościami?


Maszynopis z Kawonu ukazał się całkiem niedawno. Przyznaję, że kiedy zabierałam się za czytanie tej pozycji, odczuwałam niemal fizyczną ulgę. Właśnie takiego dzieła potrzebowałam i z masochistyczną przyjemnością zanurzyłam się w świat istniejący - tego jestem pewna - jedynie w głowie Autora. 

To jedna z tych pozycji, którą albo pokochacie, albo znienawidzicie. Albo przeczytacie ją dwa razy, albo w ogóle nie dobrniecie do końca. Główny bohater podejmuje swoistą wędrówkę przez życie - kocha, nienawidzi, gardzi, odkrywa... Miałam niejasne przeczucie, że w moje ręce wpadnie książka z fabułą obsadzoną gdzieś w średniowieczu, bo do tej epoki idealnie pasowałby zawiły język, a jednak jest to pozycja na wskroś współczesna. W całym tym natłoku językowym (zauważcie, że to proza poetycka) klarowność przekazu całkiem mnie zdumiała. Bohater rozmawia o rzeczach ważnych, wytyka światu upadek zasad moralnych, żądzę pieniądza i konsumpcjonizm. 

Autor ujął mnie podjęciem takiego właśnie tematu, bo gadanie o moralności (lub jej braku) uwielbiam. Do tego dołóżcie nieustanne rozkminianie uczuć i psychiki postaci. Żałowałam jedynie, że główny bohater wiele zjawisk obserwuje z boku, rozprawia o człowieczeństwie, zamiast samemu w pełni doświadczać jego utraty.

Nie mogę powiedzieć, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, bo stanowiło jedną z dwóch opcji, które rozważałam, ale z pewnością wiele czytelnikowi wyjaśnia - nagle zaczynamy rozumieć, skąd takie dziwne, niemal żywcem ze snu wyjęte wizje świata, które nam przedstawiono.

Pamiętacie Pana Tadeusza? Aha! Zapewne jedyny trzynastozgłoskowiec, jaki w życiu czytaliście. Stworzenie świata (zerknijcie na tę piękną okładkę!) podczytywałam ukradkiem pomiędzy egzemplarzami recenzenckimi od Wydawnictw, bo nie mogłam się doczekać. To poezja, jakiej szukałam. Jedyna współczesna, w której występuje rym i (przynajmniej w większości) ładny rytm. 

Tomik, oprócz poematu trzynastozgłoskowego, o którym zaraz co nieco powiem, zawiera także kilka wierszy. Tutaj ilość sylab w wersach (moja obsesja) nie została wszędzie zachowana, ale kilka form mocno mnie poruszyło. Znajdziecie tu miłość, rodzicielstwo, krzywdę wyrządzaną drugiemu człowiekowi, upadek wartości.

Poemat, o którym wspomniałam, to apokaliptyczna wizja świata (choć tytuł nasuwał mi zupełnie inne skojarzenia). Autor z pewnością inspirował się Biblią i mitologią, wyhaczyłam też nawiązania do innych pojedynczych dzieł. Muszę przyznać, że opisy są bardzo plastyczne. Walka Archaniołów z Demonem, wkroczenie do Piekła, upadek Boga. Nietrudno też odnaleźć tu krytykę skierowaną w stronę Kościoła.

Z ręką na sercu przyznaję, że w tym wypadku do samego końca nie wiedziałam, jak potoczy się walka dobra ze złem. Kto wygra? Cóż, wersje mogły być dwie, a Autor wybrał trzecią. Za wadę poczytuję jedynie fakt, że styl Pana Kowalczyka jest tak zawiły i abstrakcyjny, że nawet gdyby czytelnik chciał, to właściwie nie może być pewien, czy wers, na którym się skupia, jest logiczny, czy połączenie słów to tylko autorski wymysł. Język z Maszynopisu z Kawonu zdecydowanie został tu zachowany - tyle że w formie wierszowanej.

Tak czy inaczej, Stworzenie świata stanie w pełni chwały na mojej półce polskich wspaniałości.


Za obie lektury dziękuję Autorowi.