piątek, 10 lipca 2015

Wsadź sobie dowód

Po fantastycznej lekturze Cudów, bez zastanowienia sięgnęłam po kolejną część z owej serii. I wiecie co? Dawno już się tak nad żadną książką nie pastwiłam, a dziś pastwić się będę, i to, kurka wodna, będę się pastwić w sposób niehumanitarny i sadystyczny. A pfe!

Eben Alexander, uznany neurochirurg, budzi się w środku nocy z ogromnym bólem w kręgosłupie. Kilka godzin później traci przytomność i zapada w śpiączkę na siedem dni. W chwili, gdy lekarze chcą odpiąć go od aparatury podtrzymującej życie, Eben otwiera oczy. Jego powrót zza światów jest wprost spektakularny, bo Eben jest jako tako zdrowy i widział różne... rzeczy.

Miałam wrażenie, że oto jestem świadkiem narodzin nowej fantastyki, a raczej sf, której nawet Pratchett nie mógłby dorównać. Motyle, które można ujeżdżać jak konie, najpiękniejsza dziewczyna na świecie, która wcale nie była Maryją (ciekawe, co na to żona Autora), tunel (wreszcie coś, co wszyscy znamy) i w ogóle pomieszanie z poplątaniem.

Boże na niebie, ile ja czekałam, aż ta książka trafi w moje ręce.

Nie wiem, co ja sobie myślałam.

Co by być sprawiedliwą monarchinią: tak, przesłanie, jak zawsze w tego typu książkach, jest wspaniałe, prawdziwe i z pewnością nie da się go podważyć - miłość, miłość, miłość. Jest odpowiedzią na wszystko. Ratuje wszechświat. Etcetera. No i jeszcze jeden plus: przeczytałam ją za jednym zamachem, choć z ostatnich 50 stron nie wiem nic, bo ledwo przeleciałam je wzrokiem. Historia trochę za długo się ciągnęła i naprawdę nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w szpitalu lekarze dali temu panu za dużo leków przeciwbólowych. Ta książka jest na dodatek całkiem płytka emocjonalnie. Serio, przekonajcie się sami. Albo nie, co ja mówię. Nie sięgajcie po nią.

Ja, do licha, kompletnie nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Takich rzeczy z pewnością nie widział nikt, kto przed panem Alexandrem przeżył śmierć kliniczną. Na dodatek jego wizja nie miała nic wspólnego z chrześcijaństwem, a pierwszą rzeczą, jaką zrobił po jako takim powrocie do zdrowia było przyjęcie Komunii, przy której płakał jak dziecko, choć w całej książce ani raz nie padło słowo Jezus, a użycie słowa Bóg ograniczało się do przypadkowych okazji.

Nie jestem pewna, do czego ta książka ma przekonywać. Do istnienia czegokolwiek po śmierci? Myślę, że w to wierzy zdecydowana większość ludzi (niezależnie od wyznania lub jego braku, bo, jak się okazuje, łatwiej wpaść na agnostyka niż totalnego ateistę). Jeśli Autor ma być autorytetem tylko dlatego, że był neurochirurgiem i już wcześniej wiedział, jak działa mózg... to mnie przekonał jedynie do tego, że ludzie trzeźwo myślący też mogą mieć wyobraźnię.

Ech, do bani.


P.S. wybaczcie, że rzadziej odwiedzam Wasze blogi. Przebywam za granicą i pracuję po 12-15 godzin dziennie, na dodatek internet jest tu podły. Mam nadzieję, że przynajmniej posty będą się jako tako ukazywać.