wtorek, 22 września 2015

Wiek cudów

Uwielbiam wszelkie wątki apokaliptyczne. Kiedy jedna z moich ulubionych księgarni ogłosiła promocję na swoje książki, Wiek cudów jakimś cudownym zrządzeniem losu znalazł się w moim wirtualnym koszyku, mimo że wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o jego fabule. To jedna z pozycji, którą zakupiłam sobie jako prezent urodzinowy (stosik możecie obejrzeć TUTAJ). Do tej książki nikt nie musiał mnie przekonywać - opis na okładce wydał mi się wystarczająco intrygujący.

Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że nie miałam pojęcia, o czym jest ta książka. Spodziewałam się prostego wyciskacza łez i potężnej dawki melancholii, jak mówił opis, i doznałam szoku, gdy okazało się, że to historia dorastania 11-letniej dziewczynki... ale na tle całkiem spokojnej apokalipsy. Szok był tym większy, że podobny pomysł już od jakiegoś czasu leżał zapisany w moim notatniku i czekał, aż go zrealizuję, skrobiąc książkopodobną powieść. Słowo daję, a myślałam, że jestem taka oryginalna!


Wyobraźcie sobie, że pośród tych wszystkich wizji końca świata sprawdza się tylko jedna i najmniej prawdopodobna: Ziemia zaczyna zwalniać. Wydłuża się dzień, wydłuża się noc. Coraz bardziej i bardziej. Zwierzęta wariują, ptaki umierają, trawa wysycha. Ziemia rozpada się kawałek po kawałku i nikt nie potrafi tego zatrzymać. 

Pomysł wspaniały (i nie mówię takich rzeczy tylko dlatego, że sama miałam podobny), a język całkiem adekwatny do atmosfery powieści. Czuć jakąś melancholię, może nawet magię, trochę smutku, ale nie z powodu końca, a z powodu przemijania. Zupełnie nie podobała mi się jednak kreacja głównej bohaterki. To jedna z tych biernych postaci, które tylko patrzą i mówią, co widzą, ale w żadnym razie nie generują zdarzeń. Nieźle mnie to wkurzało przez co najmniej pół książki i uspokajał mnie jedynie fakt, że takie zachowanie 11-letniego dziecka jest całkiem zrozumiałe. 

Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby bohaterka była nieco starsza, powieść z pewnością czytałoby się lepiej. Nie było nudno, ale czegoś brakowało. No i plus za realizm mimo dość fantastycznej wizji. Okładka trochę mnie okłamała, bo nie trafiłam na żaden piękny moment, który byłby tak bardzo wzruszający, że już bardziej nie można sobie wyobrazić. Obyło się bez szalejących emocji, ale książkę i tak warto przeczytać. Za ten pomysł. Ech.