czwartek, 17 grudnia 2015

Od Małej Syrenki po Wielki Błękit

Generalnie jestem odmieńcem, który nie wychował się na bajkach Disneya, bo denerwowały go piosenki, i nie czekał na list z Hogwartu, bo nie miał pojęcia o istnieniu Harry'ego Pottera. Dziś jednak chętnie wracam do baśni i zagłębiam się w świat, który istnieje w podświadomości każdego domorosłego dziecka. Pierwsza część sagi Ognia i Wody przypomniała mi o tym, jak wspaniale jest wierzyć w magię.

Okładka ma w sobie coś hipnotyzującego i jest naprawdę niebrzydka. I całkiem tajemnicza! Otwieram książkę, a w środku czeka na mnie mapa podwodnej krainy. Ukłon dla grafików, bo całość naprawdę działa na wyobraźnię. Historia zaczyna się też niegłupio....

Serafina jest córką królowej i wkrótce zmuszona będzie przejść test, który pokaże, czy jest godna, by objąć tron po swojej matce. Nie jest to jednak byle sprawdzian: ta próba zadecyduje o jej życiu lub śmierci. A punktem kulminacyjnym będzie odśpiewana przez nią pieśń - bo kimże byłaby królewska syrena bez pięknego głosu? Wielki dzień przebiega jednak zupełnie nie tak, jak można było się tego spodziewać. Narzeczony Serafiny okazuje się nie być tak wspaniały jak kiedyś, jej rodzice giną z rąk wroga, a ją samą nawiedzają dziwne wizje. Wkrótce królewska córka wyruszy w daleką podróż, gotowa ratować poddanych przed potężnym niebezpieczeństwem.

Autorka stworzyła całkiem szczegółowy świat, w którym baśń przeplata się z nowymi elementami. Kilka razy byłam pewna, że powieść rozwinie się niczym Mała Syrenka, ale to z pewnością nie jest ta historia. Fabuła toczy się zupełnie inaczej, nie ma tu szczęśliwej - póki co - miłości, a pochodzenie syren wydało mi się naprawdę ciekawym pomysłem. Jedyną trudność sprawiło mi zorientowanie się w politycznych zawirowaniach podwodnego świata.

Nie mogę nie wspomnieć jednak o wadach. Fabuła, choć prawie-prawie fascynująca, nie porwała mnie na tyle, bym z niecierpliwością wyczekiwała kolejnej części. W dużej mierze jest to wina stylu, bo wydawał się nijaki, wręcz mdły, a chwilami odnosiłam wrażenie, że książkę pisało dziecko, tak naiwna i niedopracowana się wydawała. To naprawdę wielka strata, bo pomysł jest arcyciekawy i jedynie jego realizacja kuleje. Tak czy inaczej, pozwoliłam się nieco wciągnąć do podwodnego królestwa, a po przeczytaniu książki włączyłam sobie nawet Małą Syrenkę. Naprawdę, cudownie jest być dzieckiem!

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa