czwartek, 10 grudnia 2015

Wąską drogą na północ

Książki, które nagrodzono, mają to do siebie, że można po nie sięgać z poczuciem bezpieczeństwa, bo zakup okaże się niemal na pewno dobrym wyborem. W moje ręce trafiła książka Richarda Flanagana, Ścieżki Północy. Sama sobie zrobiłam niespodziankę, bo sięgnęłam po nią, nie wiedząc, o czym jest i czego się spodziewać, mając na względzie jedynie fakt, że dostała nagrodę Bookera. 


Richard Falanagan jest australijskim pisarzem. Z twórcą o australijskim pochodzeniu miałam do czynienia tylko raz i było to niezwykle udane spotkanie, więc do czytania zabrałam się z prawdziwą werwą. Powieść stanowi swego rodzaju hołd dla Australijczyków, którzy zginęli w japońskiej niewoli podczas budowy "kolei śmierci" w Birmie. 

Dorrigo Evans jest chirurgiem i jednym z australijskich jeńców. Do szpitala, którym kieruje, trafiają jego przyjaciele, każdego dnia coraz bliżsi śmierci z powodu niewolniczej pracy na "Linii", jak nazywają kolej, wycieńczeni z głodu i chorzy na wszystko, co tylko możliwe. Dorrigo wśród wszechobecnej śmierci wspomina swój romans z żoną wuja, piękną i fascynującą kobietą, i rozpamiętuje przeszłość, którą, zdaje się, zostawił na zawsze w bardziej cywilizowanym świecie, gdzie nie ma okrutnych Japończyków ani kolei, ani śmierci. Romans i życie zestawione z gasnącą nadzieją na jakąkolwiek przyszłość. A to wszystko napisane pięknym językiem.

Niezwykle spodobał mi się naturalizm, z jakim autor potraktował opisywane wydarzenia. W tej książce nie ma miejsca na kłamstwo i łagodne traktowanie rzeczywistości. Umierają osoby, do których czytelnik zdołał się już przyzwyczaić i czekał tylko, aż szczęśliwie wrócą do domu. W męczarniach odchodzili ci, którzy sobie na takie cierpienie nie zasłużyli. Były też prawdziwie drastyczne - i zdecydowanie świetne - sceny, przy których musiałam odsuwać od siebie książkę i czekać na lepszy moment. Bohaterowie zostali ukazani z mistrzowskim kunsztem i choć można znaleźć w nich wiele skaz, jak przystało na ludzi, którzy kochali i zdradzali, którzy żyli obok umierających i umierali w samotności, nie można ująć im dobrego rysu psychologicznego. 

Początkowo nie mogłam wgryźć się w fabułę i zaakceptować rozwleczonej fabuły. Język, którym napisano powieść, wcale nie ułatwiał szybkiego czytania. Ale nadszedł taki moment, kiedy wszystko zaczęło się płynnie przenikać, bohaterowie nagle nabrali kształtów, a ja zaczęłam rozumieć ich rozterki i obojętność na śmierć człowieka z sąsiedniej pryczy. Zaczęłam rozumieć ich jako ludzi - i to chyba największe osiągnięcie autora.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu