piątek, 26 lutego 2016

Kilka ciekawych historii z zamku w Łańcucie

Mam ogromny sentyment do zamku w Łańcucie. Może to z powodu ciągłych wycieczek, które organizowano w szkole, bo zawsze, gdy nie było wiadomo, dokąd jechać, padało hasło Łańcut. I wstyd mi to przyznać, ale chyba nigdy tak do końca tych wypraw nie doceniałam. Miło jest przypomnieć sobie co nieco po kilku latach - a niektóre rzeczy właściwie odkryć po raz pierwszy!

Zamek był siedzibą dwóch rodów magnackich - Lubomirskich i Potockich. Zostawili w pałacu kawał historii i mnóstwo inspiracji - znajdziecie tu korytarz wypełniony antykami, portrety sarmackie, popiersia, intarsjowane meble... a przede wszystkim wnętrza urządzone z prawdziwą znajomością ówczesnej mody.

ZAMEK (1641r.)

Ponieważ nie można fotografować wnętrz zamku i wozowni, klikajcie w podane przeze mnie linki - przeniosą Was do oficjalnej  galerii zdjęć. Naprawdę warto je obejrzeć, mimo że jest ich niewiele, bo to, co znajduje się wewnątrz zamku, sprawia naprawdę niesamowite wrażenie. Sala balowa i kolumnowa, apartamenty gospodarzy, gabinet muzyczny i zwierciadłowy, pokój obrazowy, jadalnia dębowa. I teatr. Uwierzycie? Chciałabym wiedzieć, jak to jest mieć teatr we własnym domu! 

Nie zamierzam zanudzać Was szczegółowym opisem, ale podzielę się kilkoma ciekawostkami...

Jedna z właścicielek pałacu w Łańcucie miała cztery córki, a ponieważ żadna z nich nie była upragnionym dziedzicem, przygarnęła pod opiekę chłopca, którego następnie kazała uwiecznić na rzeźbie. Dziś słodziak stoi sobie w sali kolumnowej, goły i wesoły, i opiera się o łuk (so romantic).

W czasach Lubomirskich odkopano Pompeje i odżyła fascynacja antykiem. Lubomirska (no bo kto bogatemu zabroni) urządziła sobie cały korytarz w starożytnym klimacie. Malowidła ścienne, rzeźby, oryginalne amfory sprzed dwóch tysięcy lat, nawet sarkofag. 

W jednym z salonów wisi obraz namalowany przez Jana Matejkę. Oryginał!

W sali balowej urządzano... bale. No tak, Fenko, jesteś taka odkrywcza, że klękajcie narody. Ale to, co jest naprawdę ciekawe, to system komunikacji niewerbalnej, jakiego używała tłamszona przez społeczeństwo płeć piękna. Jedyne, czego panie potrzebowały, to wachlarz, który miał mówić zalotnikowi, czego może od panny oczekiwać. Zaraz zaprezentuję: przystojniak pyta, czy pójdziesz z nim na małą schadzkę. Ty, jak to dobrze wychowana panienka, odmawiasz i udajesz oburzenie, ale rączka aż Ci się telepie, wachlarz wygina się, jak trzeba - no i jesteście umówieni. Bo kiedy przyzwoitka czai się w pobliżu, należy rozumieć się bez słów. 
(Fenko też sobie wachlarz kupiła, ale minęła długa chwila, zanim obczaiła, w jaki sposób rozłożyć to urządzenie - no bo skąd miałam wiedzieć, nowoczesna kobieta jestem. Sprzedawca prawie płakał, choć udawał, że nie).

Do dziś żyją potomkowie Potockich i są prawowitymi właścicielami. A raczej byliby, gdyby mieli dość pieniędzy, aby zwrócić państwu koszty utrzymania zamku przez te wszystkie lata, począwszy od II wojny światowej. Skoro państwo nadal posiada to cacko, można wnioskować, że sumka jest spora.

ORANŻERIA

 Tu zwiedzanie było szybkie, bo wnętrze jest niezbyt duże, za to bez wątpienia urocze.



WOZOWNIA
 klik zdjęcia
 
To największa wozownia magnacka w Europie - i pierwsza w Polsce. Budynek jest obwieszony trofeami, które przywożono z polowań w Afryce, ale uwagę przykuwają furgonetki, bryczki, sanie i karawany. Niektóre pojazdy były przystosowane do długich podróży, można więc było w nich spać, a drogę oświetlały latarnie (napędzane świecami, oczywiście). Karawan, który rzuca się w oczy już od samego wejścia, ma panoramiczne szyby (dla komfortu pasażera, jak sądzę) i został użyty w filmie Ziemia obiecana.

BIBLIOTEKA

Zbiory mają podobno niesamowite, ale nie udało mi się sforsować tych drzwi. Cóż poradzić, siła wyższa (zwana inwentaryzacją). Zamierzam to nadrobić przy najbliższej okazji, bo chociaż nie jest to miejsce dostępne dla zwiedzających, Fenko wie, jak się wkręcić. I użyje wszelkich dostępnych środków. W końcu w grę wchodzi biblioteka.

To, jak ciekawe historie usłyszycie podczas zwiedzania, zależy od przewodnika. Ja, na przykład, pamiętam niezwykłą interpretację obrazu, której tym razem nie udało mi się usłyszeć. A szkoda. Zamierzam poczekać, aż skończą się wszelkie remonty i przebudowy, a potem wyskoczę do Łańcuta raz jeszcze. To jedno z tych miejsc, które nigdy mi się nie znudzą.