poniedziałek, 14 marca 2016

Gregor i klątwa Stałocieplnych

Niektórzy, widząc, co czytam, myślą pewnie, że cofnęłam się w rozwoju. Dwadzieścia lat i książki dla dzieci! Ci krzywo patrzący na pewno nie czytali serii o przygodach Gregora. Bo gdyby czytali, wiedzieliby, jaka to świetna historia!

Kolejna wyprawa Gregora do podziemnego świata wydaje się być igraszką: wystarczy, że przekona ludzi i karaluchy do współpracy, a później może wracać do domu. Żadnych dalekich podróży, narażania życia i ciągłego martwienia się o Botkę. Czy aby na pewno? Tym razem mama Gregora nie zamierza pozwolić dzieciom ot, tak zniknąć na kilka tygodni - będzie im towarzyszyła. Przygotujcie się na całe mnóstwo zabawnych sytuacji. Groźna Tępicielka i Stworzycielka Księżniczki Botki, jak nazywają ją karaluchy, schodzi do podziemi.

Bez sensu było zdradzać całą fabułę - dodam jednak, że tytułowa klątwa Stałocieplnych to tajemnicza choroba, która rozprzestrzenia się coraz szybciej i dopada również bliskie Gregorowi osoby. I nie jest to byle jaka grypa czy przeziębienie. Ludzie, nietoperze i szczury umierają, a lek jest gdzieś daleko. Na dodatek sposób, w jaki sformułowano przepowiednię, daje mocno do myślenia...

Suzanne Collins to nie pisarka-amatorka. W jej przypadku termin młodzieżówka nie jest wstydem, a seria o Gregorze jako historia dla dzieci jest niesamowicie uniwersalna i może się podobać czytelnikowi w każdym wieku. Dwie rzeczy zasługują na szczególną uwagę: sposób kreacji postaci (wszystkie są świetne!) i element zaskoczenia (niby wszystko toczy się naturalnie i nie ma BUM, ale ostatecznie i tak dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał).

Ogromnie się cieszę, że mam tę serię na półce i nie mogę się doczekać, aż zbiorę całą kolekcję. Warto przeczytać!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu IUVI