poniedziałek, 9 maja 2016

A co, gdyby ich nie było...

Historia pszczół to powieść roztaczająca wizję świata, w jakim naprawdę żyjemy, choć niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Mówi o przyszłości, której doświadczamy na co dzień, i o tej, która dopiero nastąpi. To historia krzycząca głośniej niż niejeden film dokumentalny, mimo że ujęta w zgrabne ramy powieści. Poznajcie ją. Poznajcie przyszłość, która mnie przeraziła. 



Przez chwilę obracam książkę w dłoniach i trochę żałuję tego zamówienia. Co mnie podkusiło. Przecież ja już od dawna nie czytam takich powieści. Jestem pewna, że przez nią nie przebrnę. Jestem pewna, że zmarnuję czas. Ale zapomnijcie na chwilę o moich wątpliwościach i...

... i przeskoczmy do 2098 roku. Chiny. Tam, na jednej z wysokich gałęzi drzewa owocowego, siedzi Tao i delikatnym piórkiem zapyla kwiaty. Pszczoły już tego nie robią, bo ich nie ma. I mimo że Tao zarabia w ten sposób na życie (swoje i setek innych ludzi), nie chce takiej przyszłości dla swojego trzyletniego synka.

A teraz wróćmy do naszych czasów. W Ameryce 2007 roku George jest jednym z wielu hodowców pszczół. W jego rodzinie to tradycja, którą z pasją kontynuuje, a fach zamierza przekazać swojemu dorosłemu już, studiującemu synowi. Jednak coraz częściej docierają do niego wieści o masowej tragedii spotykającej pszczelarzy. Czy to niewłaściwa pielęgnacja uli zmusza pszczoły do opuszczania swoich domów?

Bądźcie cierpliwi jeszcze przez minutkę i pozwólcie mi zaprowadzić się aż do połowy XIX wieku, gdzie William, angielski kupiec, od miesięcy leży w łóżku, zmożony depresją. Jeszcze nie tak dawno marzył o naukowej karierze, ale brak czasu spowodowany pracą i gromadką dzieci do wykarmienia zabił w nim pasję. Ogień w sercu wygasł, a nieprzeczytane książki kurzą się na półkach. Jednak jest jeszcze Edmund, którego sama obecność staje się ratunkiem dla zrezygnowanego ojca. Może właśnie nadszedł czas, by coś zmienić.

Na świecie żyje 7 miliardów ludzi. Aby wykarmić ich wszystkich - a przynajmniej większą część, która nie głoduje w Afryce czy Azji - potrzeba całych ton żywności. Dodajcie do tego te rośliny, które przeznacza się na pożywienie dla zwierząt hodowanych z powodu mięsa. Wyprodukowanie takiej ilości jedzenia nie jest możliwe bez wspomagaczy i pestycydów, które zabijają szkodniki. W końcu jaki byłby pożytek z naszej ciężkiej pracy na polu, gdyby stonka zjadła wszystkie ziemniaki. Tyle że nasze pestycydy szkodzą nie tylko stonce. Zabijają i przepędzają pszczoły, prawdziwe królowe wśród żyjątek potrzebnych człowiekowi. Bez pszczół nie obrodzi żadne drzewko owocowe, które w przyszłości z takim trudem zapyla Tao.

Idealna równowaga między trzema opowieściami snutymi przez Maję Lunde pozwala z każdej z nich wyciągnąć pewne wnioski. Najbardziej fascynuje mnie historia Tao, bo to przyszłość, której jeszcze nie znamy, a która nadejdzie z pewnością. Jeszcze bardziej przerażająca i jeszcze trudniejsza, niż można przypuszczać. Póki co, żyjemy w świecie George'a i to ostatni dzwonek, by coś zmienić.

Historia pszczół od pierwszych stron okazuje się być lepsza, niż myślałam. To opowieść snuta nieśpiesznie, ale zmuszająca do myślenia. Nie odłożycie jej bez choćby jednej krótkiej refleksji, nawet jeśli zauważycie pewne wady tej pozycji. Ja zrozumiałam kwestie, o których wcześniej miałam ledwo mgliste pojęcia i które pozostawały gdzieś w sferze legend i bajek. Z dnia na dzień stały się dla mnie rzeczywistością. Przerażającą rzeczywistością.


Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu