wtorek, 3 stycznia 2017

Charles Dickens - Opowieść o dwóch miastach

Mój sentyment do Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa nie zmalał ani o jotę od czasów, gdy czytałam ją po raz pierwszy, a były to jeszcze czasy szkolne. Jest coś magicznego w powrocie do własnego dzieciństwa, które było piękne i bezproblemowe, coś niepokojącego, ale i oczyszczającego w przyglądaniu się takiemu sobie, jakim jest się dzisiaj, i coś bezsprzecznie przerażającego w odczytywaniu nazwiska z własnego grobu w niedalekiej przyszłości. Wielu z nas zapomina jednak, że Dickens napisał inne powieści, a jedna z nich stoi dużo wyżej w przeróżnych literackich rankingach...

Od połowy XIX wieku, kiedy to Opowieść o dwóch miastach została przedstawiona szerszej publice, sprzedała się w 200 milionach egzemplarzy i pozostaje w czołówce najlepiej sprzedających się powieści. To robi wrażenie i nie ukrywam, że właśnie ten fakt zaintrygował mnie najbardziej i skłonił do sięgnięcia po tę lekturę. Ach, był jeszcze jeden, mniej chwalebny powód - te piękne grafiki w środku książki!



Akcja toczy się na przestrzeni kilkunastu lat. Doktor Manette, przetrzymywany niesłusznie w ponurych więzieniach Bastylii, zostaje odnaleziony przez swoją dorastającą córkę. Wrażliwa, jasnowłosa Lucy nie miała pojęcia o losach ojca, którego nigdy nie zdążyła poznać. Dotąd przekonana o jego śmierci i pozbawiona matki, udaje się w długą podróż, by zabrać staruszka do domu. Jednak Francja, którą mogli kiedyś nazywać domem, zamienia się powoli w rewolucyjne piekło...

Dickens tak zamaszyście i obrazowo przedstawił owe czasy, gdy ścieki płynęły ulicami, gdy ludzie pili prosto z ziemi rozlane wino, gdzie brakowało dzisiejszego dobrobytu, głód był wszechobecny, morderstwa i kradzieże na porządku dziennym, a idąca za nimi kara śmierci równie oczywista... że prawie czułam, jak oblepia mnie nieprawość i brud tej epoki. W całym tym rozgardiaszu na pierwszy plan wysuwają się dwa miasta: Paryż i Londyn, a za nimi skradające się widmo rewolucji. To niespokojne czasy, których atmosfera chętnie udziela się czytelnikowi.

Mimo że można mieć pewne wątpliwości co do niektórych postaci (nie wszystkie zostały wykreowane w wyrazisty sposób), nie da się Dickensowi odmówić stylu. Jest wręcz nieskazitelny! Można czytać kolejne słowa i obracać je w ustach, a potem przełykać i czytać od nowa. Zaznaczyłam w swoim egzemplarzu najpiękniejsze zdania i - uwierzcie mi - ich piękno nie polega na tym, że opisują coś niezwykłego. Po prostu brzmią jak magia, jak płynne złoto.


Mimo że nie mogę powiedzieć, jakoby urzekła mnie przedstawiona historia, Opowieść o dwóch miastach z pewnością zasługuje na dobre miejsce na półce - głównie za ten wspaniały styl. Zawsze uważałam, że klasyki są ogromnie ważne, bo to reprezentacja światowej literatury, ale nawet do mnie dociera powoli, że dają nieco fałszywy obraz literatury w ogóle: że nie wszystkie płomienne dialogi i żarliwe monologi spełniają swój cel, są raczej nieco melodramatycznymi scenami, jakich współczesna literatura by nie przełknęła, ale nikt ich nie krytykuje, bo to klasyki. Cóż, mnie zdarzyło się raz czy dwa przewrócić oczami i nie wstydzę się tego. Opowieść wigilijna pozostanie póki co moją ulubioną książką autorstwa Dickensa, a Was zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii na temat Opowieści o dwóch miastach.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka