wtorek, 9 maja 2017

Robinson Crusoe i Podróże Guliwera. Pojedynek klasyków


Literatura dziecięca zajmuje ważne miejsce w mojej domowej biblioteczce. Staram się wypełniać półkę książkami dla najmłodszych, bo mają prostą, zrozumiałą formę, za to są bogate w ważne treści. Dziś mam dla Was dwa światowe klasyki i aż sobie podskakuję z radości, że miałam okazję je przeczytać, a potem dodać je do swojej pięknej kolekcji! Robinsona Crusoe znacie pewnie ze szkoły, a Podróże Guliwera... no cóż, ta książka nie jest aż tak znana polskim czytelnikom, ale powoli wkrada się w nasze łaski. Wiem, wiem, trudno porównywać dwie tak skrajne pozycje, ale lubię czasami kogoś wkurzyć. Poza tym, na pewno jesteście ciekawi, kto wygrałby w tak zacnym pojedynku!


Znudzony nastolatek, Robinson, ucieka z domu, by posmakować życia na morzu. Jego żądza przygód (vel głupota) gna go od lądu do lądu i nic nie jest w stanie zgasić jego pragnienia poznawania świata (czyli: nauczyć go rozumu): ani choroba morska, ani ciężka praca (której przecież bał się jak ognia), ani niewola. Bóg postanawia ukarać Robinsona za nieposłuszeństwo wobec staruszków (a może dać mu drugą szansę?) i tak nasz bohater trafia na bezludną wyspę, zmuszony przeżyć o własnych siłach w miejscu, które okazuje się być przyczółkiem prawdziwych kanibali!


Można by zakładać, że opowieść o przetrwaniu powinna spodobać się w szczególności chłopcom, ale jako dziewczyna zaświadczam, że w takich historiach jest coś iście uniwersalnego i naprawdę nie mają względu na płeć. Może rzecz tkwi w tym, że mówi o samotności, której doświadcza każdy z nas (a dzieci też nierzadko jej pragną, kiedy mamuśka zagra na nerwach - wtedy albo same chcą na takiej wyspie wylądować, albo ją wysłać). 

Robinson nie jest bohaterem, którego szczególnie bym lubiła (wyróżnia go tylko to, że... no, żyje na bezludnej wyspie). Wyjątkowo cierpliwie znosi pierwsze miesiące pobytu tam (miałam wrażenie, że szycie gaci z króliczych futerek naprawdę go cieszy i gdyby w tej chwili na horyzoncie pojawił się statek, pewnie by się nie przejął). A może po prostu zazdroszczę mu hartu ducha, bo ja bym umarła z rozpaczy pod tym pięknym podzwrotnikowym niebem. Na pewno jego osobiste zmagania pozwalają dostrzec, jakim dobrem jest życie społeczne - nie musimy sami sobie wytwarzać wszystkiego (ubrań, schronienia, pokarmu, broni). Każdy z nas ma określone zadanie i każdy dokłada swoją cegiełkę. Robinson nauczył mnie czegoś jeszcze - w ciszy poznajemy samych siebie, a w samotności zaczynamy rozumieć, co się w życiu naprawdę liczy.

Autor: Daniel Defoe
Tytuł: Robinson Crusoe
Wydawnictwo: MG
Stron: 233


Lemuel Guliwer zaczynał jako lekarz pokładowy, a skończył jako autor książek podróżniczych, bo też ma o czym opowiadać! Zdarzyło mu się trafić na lądy, których europejskie oko nie widziało: odwiedził kraj ludzi tak małych, że mógłby ich zdeptać jak mrówki; był lalką dla całkiem przyjaznych olbrzymów; spędził  trochę czasu na wyspie unoszącej się wśród chmur; i zaprzyjaźnił z populacją koni, które nie znają fałszu i obłudy, a służą im ohydne, agresywne istoty podobne ludziom. Wszystko to stało się okazją do przyjrzenia się człowiekowi i jego złej naturze.


W Podróżach Guliwera znajdziecie zdecydowanie więcej dowcipu niż u Robinsona - bo kogo nie rozbawi myśl, że wojna może być wszczęta z tak błahego powodu jak rozłupywanie jajka z grubszego końca, podczas gdy powinno być rozłupywane z cieńszego, albo gaszenie pożaru uryną, albo chowanie zmarłych głową w dół, żeby przy zmartwychwstaniu, gdy płaska ziemia się obróci, wszyscy stali jak należy? To książka pełna przygód i dziwactw, i naprawdę oryginalna, a do tego pozostawia mnóstwo pola wyobraźni. Bo ileż jeszcze przygód mogło się przytrafić Guliwerowi w kraju Liliputów albo pośród olbrzymów, albo w miejscu, gdzie ludzie są uważani za zwierzęta! Dla mnie mankamentem jest sam główny bohater, tak służalczo nastawiony do wszystkich, których spotykał, że z niecierpliwością czekałam na jakieś nieszczęście, które mogłoby go spotkać.

Istnieje dość zasadnicza różnica pomiędzy Robinsonem Crusoe a Podróżami Guliwera: ta pierwsza została zekranizowana niezliczoną ilość razy i zawsze są to ekranizacje w miarę udane; natomiast Podróże Guliwera wciąż stanowią wyzwanie dla ekranu. Większość z filmów, które powstały na podstawie tej książki, obejmują przygody Guliwera wśród Liliputów i olbrzymów, ale nie sięgają kraju Houyhnhnmów (wspomnianych koni i ich ludzkich sługusów), bo jest to pewne wizualne wyzwanie. W każdym razie nie powstała jeszcze żadna współczesna, realistyczna i pełna ekranizacja - poprawcie mnie, jeśli się mylę. Co gorsza, jakkolwiek Jonathan Swift napisał satyrę i słusznie odbiera się tę książkę niejako komediowo, to ja chętnie zobaczyłabym poważną, skłaniającą do refleksji ekranizację, a tego się chyba nie doczekam.

Autor: Jonathan Swift
Tytuł: Podróże Guliwera
Wydawnictwo: MG
Stron:  271


And the winner is...
Gdybym miała określić, jak postrzegam te dwie historie zestawione obok siebie, powiedziałabym, że Robinson Crusoe każe patrzeć w głąb siebie, Podróże Guliwera - na zewnątrz. Z Robinsonem można się łatwo utożsamić, bo jego historia jest bliska nam wszystkim - nie musimy nawet uciekać na bezludną wyspę, by doświadczyć samotności i wyciągnąć z niej lekcję. Guliwer to komentarz do świata, który nas otacza i którym niezmiennie rządzą nienawiść, korupcja i zazdrość - nie skupia się na jednym człowieku i jego wewnętrznej tragedii, ale na kondycji całej ludzkości. 

Takie proste rozgraniczenie powinno się okazać bardzo użyteczne dla czytelników, którzy nie są pewni, czego oczekują od lektury. Wystarczy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: chcesz refleksji czy przygód?

Nie mam pojęcia, którą z tych dwóch książek wzięłabym ze sobą na bezludną wyspę, gdybym mogła wziąć tylko jedną (zbieżność mojej podróży z przygodą Robinsona nie miałaby większego znaczenia). A jednak myślę, że ostatecznie wybrałabym właśnie dzieło Daniela Defoe. Chociaż Przygody Guliwera obfitują w akcję i arcyciekawe postaci, to właśnie losy samotnego mężczyzny, który najlepsze lata swojego życia spędził z dala od świata, poruszają mnie najbardziej. A więc korona należy się Robinsonowi Crusoe (chociaż oceniając po okładkach, to zdecydowanie zdolnemu grafikowi!). A jak jest z Wami?


Za obie lektury serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG